Z psycholog dr Jolantą Próchniewicz rozmawia Anna Dyndul

Anna Dyndul: Pani doktor, od lat pracuje Pani z rodzinami. Jak ocenia Pani obecnie ich kondycję?
dr Jolanta Próchniewicz: Najpierw trzeba określić, o jaką kondycję pytamy… Czy chodzi o kondycję finansową, psychologiczną, społeczną, zdrowotną czy nawet demograficzną? Bo każda z nich to inny obszar rozważań i inny obszar badań. Jako psychologa najbardziej interesuje mnie kondycja psychiczna, ale przecież zależy ona od pozostałych. Kondycja finansowa poprawiła się, czego już nikt nie kwestionuje, bo wprowadzenie 500+ zmieniło jednoznacznie sytuację wielu rodzin, co ważne – rodzin z dziećmi. Umożliwiło lepsze jedzenie, lepsze warunki do nauki, lepszy wypoczynek wakacyjny, a zdejmując – lub przynajmniej zmniejszając – z rodziców troskę o tzw. jutro, na pewno też zmniejszyło poziom stresu i niepokoju, co jest przecież elementem kondycji psychicznej.

AD: Czy sytuacja psychiczna rodzin zmieniła się w ostatnich latach? Mam tu na myśli wpływ pandemii i czas po pandemii.
JP: Rzeczywiście, należałoby oddzielić te dwa okresy, a może nawet trzy: pierwszy okres to czas do pandemii, potem czas pandemii – było nie było, to prawie dwa lata – i wreszcie czas po pandemii. Gdybym miała odpowiedzieć krótko, to powiedziałabym: tak, zmieniła się. Zmieniła się bardzo. Ale potrzebna jest chyba odpowiedź, ukazująca całokształt tych zmian – czym były uwarunkowane, na czym polegają i co możemy zrobić, obserwując teraz owoce. Dramatyczna sytuacja, która mamy teraz, to jednak pogłębienie niekorzystnych zmian – właściwie kryzysu rodziny – który mieliśmy już wcześniej.

AD: Cofnijmy się zatem do czasu przed pandemią.
JP: Pamiętam takie badanie CBOS z 2018 roku, w którym Polacy deklarowali, że najważniejsza w ich życiu jest rodzina. Tak stwierdziło 72% badanych (na drugim miejscu z wynikiem 53% znalazła się praca zawodowa). Aż 39% badanych deklarowało, że chciałby się poświęcić życiu rodzinnemu w większym niż dotychczas stopniu. Pamiętam te wskaźniki, bo często się na nie powoływałam, a jednocześnie obserwacja życia codziennego i doświadczenie z poradni, gdzie zdecydowana większość osób przychodziła z problemami rodzinnymi, wprowadzały dysonans, coś mi tu zgrzytało. Przyglądając się temu doszłam do wniosku, że owszem, jesteśmy bardzo przywiązani do wartości rodzinnych, potrzebujemy i pragniemy rodziny – ale postrzegamy ją życzeniowo, nawet powiedziałabym marzycielsko. Chcemy mieć wspaniałą, kochającą się rodzinę – jednak nie chcemy przyjąć do wiadomości, że stworzenie takiej rodziny wymaga pracy nad sobą, wyrzeczeń, wysiłku. I to mojego wysiłku, mojej pracy nad sobą, moich wyrzeczeń – bo tylko to mam w zasięgu swoich możliwości! Zatem – nie uwzględniamy tego, że do stworzenia takiej rodziny potrzeba dojrzałości. A nie jesteśmy dojrzali….


AD: Co pani ma na myśli, mówiąc o dojrzałości?
JP: Dojrzałość jest cechą, która umożliwia branie odpowiedzialności za swoje działania. Tymczasem coraz mniej jest osób dojrzałych, czyli takich, którzy przewidują konsekwencjeswoich zachowań – myśli, słów, czynów – i biorą za nie odpowiedzialność. Przykładem anty, czyli przeciwieństwem osób dojrzałych, jest tzw. pokolenie płatków śniegu. Określenie romantyczne, miłe, bo któż z nas nie lubi padającego śniegu („Kiedy pada śnieg, to nawet mi ciepło w nogi jest choć mróz skrzypi…. jak mówi popularna piosenka) i nie zachwyca się pięknem płatka? Tymczasem jest to piękno krótkotrwałe, ulotne, po prostu złudne i nie przynosi żadnej korzyści. I takie właśnie jest pokolenie ludzi młodych (tzw. milenialsów), którzy są piękni, mili, sympatyczni – ale nie podejmują za nic odpowiedzialności. Są niedojrzali. Dlatego szybko rozczarowują innych, szybko sami się rozczarowują, szybko zniechęcają, szybko załamują, dlatego uciekają od rzeczywistości w świat wirtualny, dlatego … dlatego… dlatego…. Można by długo przedstawiać łańcuch przyczynowo-skutkowy, aż mielibyśmy całościową diagnozę przyczyn naszych problemów, a więc i problemów rodziny.Poza tym jest jeszcze jeden czynnik: bardzo chcemy mieć rodzinę – a przecież rodzina to rodzice i dzieci! Oczywiście, zdarza się, że w rodzinie nie ma dzieci, chociaż rodzice bardzo by chcieli, ale to jest sytuacja smutna i wyjątkowa, natomiast standardowa, normalna, przeciętna rodzina – to rodzice i dzieci. Jak więc mówić, że chcemy mieć rodzinę, skoro nie chcemy mieć dzieci? Tu wchodzimy na kolejny aspekt kondycji polskich rodzin, czyli aspekt demograficzny. Rzetelne badania na ten temat ukazują sporą grupa młodych – tzn. w wieku prokreacyjnym – Polaków, którzy nie chcą mieć dzieci! Kryzys demograficzny w Polsce jest potężny, bo mamy do czynienia ze skrajnie niską dzietnością, a w konsekwencji w szybkim tempie przebiega proces starzenia się społeczeństwa. Do tego dochodzi malejąca z roku na rok liczba tych, którzy w biologicznym sensie mogą mieć dzieci. Wprawdzie większość młodych osób deklaruje, że chce mieć co najmniej dwójkę dzieci, jednak może się skończyć na deklaracjach, bo negatywne wzorce są bardzo silne i mogą powodować weryfikację planów czyli mniejszą liczbę potomstwa lub całkowitą rezygnację z rodzicielstwa.
AD: Wszystko wskazuje na to, że istnieje wiele przeszkód z którymi mierzą się dzisiaj młodzi ludzie w drodze do szczęśliwego życia rodzinnego. Warto jednak pamiętać, że będąc świadomym trudności, warto podejmować wyzwania, które prowadzą do udanego i szczęśliwego związku.

Dziękuję za rozmowę.

baner GdŻ2